Gładka jak pupcia niemowlęcia, a potem…

W przeciwieństwie do innych narządów, skórę – a przynajmniej jej po­wierzchnię – widać. Wystarczy rzut oka, żeby ocenić jej kolor – czy jest szorstka, i od razu wiadomo, czy jest zdrowa, czy nie. Można tak­że z powodzeniem określić jej wiek.

Wszyscy przychodzimy na świat z takim samym wyposażeniem pod względem struktur i komórek. Niemal nie sposób się oprzeć nawilżo­nej, gładkiej skórce pokrywającej różowiutkie, pulchne policzki nie­mowlaka. Ma się ochotę wyciągnąć rękę i delektować tą rozkoszną po­wierzchnią. Chociaż późniejsze wyczyny nastolatków mogą ją nieco oszpecić, skóra działa i wygląda zdrowo i mocno aż do wieku około dwudziestu pięciu lat. Jednak od tego momentu, przez około sześciu dziesięcioleci, skóra doświadcza zauważalnego pogorszenia.

Skóra osoby starszej wiotczeje i rozciąga się, podczas gdy pod­trzymujące zabezpieczenie tłuszczowe, kości i inne tkanki pod jej powierzchnią stopniowo się kurczą. Jak tapeta, która jest większa niż ściana pod nią przeznaczona, tak i skóra drapuje się i marszczy w najmniej odpowiednich miejscach. Oddziela się od znajdujących się pod nią tkanek i mięśni twarzy, zwisając luźno na czole, kościach policzkowych czy podbródku. Kolor matowieje, a nawet przybiera żółtawy odcień. Ciemne plamki i wybroczyny zakłócają powierzch­nię, wskazując na to, że część komórek odpowiedzialnych za wytwa­rzanie pigmentu już się zużyła, a pozostałe starają się zrekompenso­wać tę stratę. Smutne, ale prawdziwe – to nie jest skóra, którą chciałoby się dotknąć.

Jednak nie każdy człowiek w słusznym wieku prezentuje się w ten sposób. Pomyślmy o kimś starszym, którego skóra jest wciąż urocza. Może ubyło trochę tłuszczu i jest kilka luźnych fałd, ale odcień skóry jest równy, a cera jasna. Jest kilka powodów tych różnic, które może­my obserwować u starszych osób.

Częściowo to sprawa genów. Ów odziedziczony po rodzicach zapis ma ogromny wpływ na tempo starzenia się i zachowywania wszelkich narządów, nie wyłączając skóry. Nawet reakcja na czynniki środowi­skowe jest po części odbiciem owego genetycznego zaprogramowania.

Pomyślmy o własnym ojcu, babci czy starszej siostrze. Czy babcia ma śliczną gładką skórę, czy też jest ona usiana starczymi plamami na tle głębokich bruzd? Jak skóra rodziców i dziadków reaguje na słońce? Jeśli się przed nim zabezpieczali, to czy ich skóra jest nadal gładka, a cera błyszcząca? Jeśli tego nie robili i spędzali dużo czasu na po­wietrzu, to czy mają grubą, głęboko pobrużdżoną skórę, czy też jest ona raczej wolna od zmarszczek i przebarwień? Czy w rodzinie były przypadki raka skóry? Kiedy przywołujemy historie rodzinne i ogląda­my stare fotografie migają nam przed oczami obrazy, które uprzedzają wiele naszych własnych zauważalnych oznak starzenia – tych, którym chciałoby się od razu zapobiegać.

Oddając genetyce to, co jej się należy, jestem zdania, że najważniej­szy wpływ na naszą skórę i jej problemy z czasem ma to, jak dobrze ją pielęgnujemy – od wewnątrz i na zewnątrz. Dziedzictwo genetyczne może być punktem wyjścia, ale można łagodzić zagrożenia, jakie nio­są ze sobą geny, które dostaliśmy w spadku. Żeby nie być gołosłowny – osoba, u której w rodzinie występują choroby serca, ma pełne szanse przezwyciężenia owego zagrożenia i zmniejszenia niebezpieczeństwa wystąpienia ataku serca u siebie, utrzymując stosowną wagę ciała, ob­niżając poziom złego cholesterolu we krwi, zdrowo się odżywiając po­karmem bogatym w błonnik i gimnastykując regularnie. To samo moż­na zrobić dla skóry.

Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.